16 rzeczy, które mnie dziwią w Niemczech

Za chwilę minie już 6 miesięcy, odkąd mieszkam w Kolonii. To nie pierwszy mój tak długi czas po drugiej stronie Odry. I nie drugi, ani nawet nie trzeci. Regularnie pomieszkuję w Niemczech odkąd zaczęłam studia. Mało co mnie dziwi. Żart o motylku, baterflaju i “Schmetterlingu”? Nie, nie dziwi. Albo, że naprawdę istnieje osoba, która pełni takie stanowisko: Donaudampfschiffahrtsgesellschaftskapitän? Nie. Zupełnie nic dziwnego. Mój stopień tolerancji jest rozwinięty jak sieć niemieckich autostrad.  A jednak pewne zjawiska i tutejsze osobliwości nadal nie przestają mnie zdumiewać. Za każdym razem gdy tu jestem, muszę się przyzwyczajać na nowo. Dziś przewodnik po rzeczach, o których na pewno nie masz pojęcia.

 1. Pociągi się spóźniają.

To nie żart. To nawet nie hipoteza. To żenujący fakt. Żeby chociaż to. One w ogóle nie przyjeżdżają! Jeśli przyjeżdżasz do Niemiec bez auta, naucz się koniecznie zwrotu:

Der Zug fällt heute aus

Jeśli nieszczęśniku usłyszysz ten zwrot z głośnika na peronie, zachowaj zimną krew i natychmiast uczyń to co współcierpiętnicy w podróży. Idą na inny pociąg? Zamawiają taksówki? Gramolą się w pośpiechu na komunikację zastępczą (jeśli w ogóle jest)? Pamiętaj – nikt Ci nie powie dlaczego. Nikt Cię nie poprosi o zrozumienie. Nikt Ci nie powie co zrobić – póki sam się nie zorientujesz.

Pierwszy raz zauważyłam 5 lat temu, że pociągi nie są punktualne i byłam absolutnie wstrząśnięta. (Nie ma niemieckiego ordnungu? Jak to?).  Od tej pory w niemieckich pociągach spędziłam naprawdę wiele godzin, ale to ich spóźnialstwo nadal wprawia mnie w osłupienie.

W tym roku, gdy mówię, że jeżdżę kolejką do pracy codziennie, niemieccy koledzy w pracy pukają się w głowę i opowiadają historie o tym, jak ktoś się w ten sposób spóźnił na samolot, inny cudem dojechał na długo oczekiwany mecz Herthy Berlin. Zawsze gwoździem do trumny był powyższy komunikat!

Jedyny pociąg, który jeździ do mojej pracy, też czasem “wypada z rozkładu”. Ot, bez powodu. Bez niego – droga do pracy trwa 2 godziny w jedną stronę. Przesiadasz się w samochód czy taksówkę? Stoisz w korkach – wszyscy pasażerowie chcą dojechać. Kiedyś przez tydzień strajkowali. Horror komunikacyjny wyszedł na drogi. Na ulicach pojawili się komunikacyjni zombi, wycieńczone trupy pasażerów słaniały się po ulicach dobijani przez strajki Deutsche Bahnu. Apokalipsa.

2 lata temu ruszałam z Kolonii w dwutygodniową podróż pociągiem po Europie – mój pierwszy pociąg po prostu nie przyjechał. Był komunikat na tablicy, że jest. Po chwili nie ma komunikatu. Nie ma pociągu. Nie ma sprawy. Po dwóch godzinach w końcu udało mi się do niego dostać na zupełnie innej stacji. Zapomnieli powiedzieć, że dziś nie odjeżdża z głównego…ponad setce pasażerów.

Nie wspomnę już o tym jak, kiedyś mój codzienny pociąg pojechał w złym kierunku. Pasażerowie wybuchnęli śmiechem, gdy konduktor zakomunikował to przez głośnik. Po niemiecku.

Myślisz, że tylko w Kolonii tak jest? Myślisz, że “Niemcy tacy punktualni”? Po drugiej stronie Odry trawa zawsze jest bardziej zielona, a ja tam te nasze stare dobre PKP lubię. Bo to i nawet jak się spóźni, twój pociąg przesiadkowy przynajmniej na Ciebie poczeka.

Jak jest “spóźnienie” po chińsku? Doj-cze-ban

2. Termin to świętość.

Termin machenczyli umówić się na termin u Niemców to świętość. Tyle. Nie zrozumiesz póki, ktoś Cię nie obrzuci lodowatym spojrzeniem, żeś się z choinki urwała. Przecież termin jest po to, żeby nam wszystkim było łatwiej. Ty wiesz kiedy masz przyjść, ja wiem, że mam się Ciebie spodziewać. Po co masz stać w kolejce do urzędu. Umów termin. Nadal będziesz czekać, ale krócej. Chcesz założyć konto w banku? Umów się, będziesz milej obsłużona.

Chcesz, żeby kolega z pracy znalazł dla Ciebie czas – bez terminu, to wcale nie jest spotkanie.

Ok, może młodsi Niemcy nie mają takiego hopla z tymi terminami – ale będą mieć. Ty też, jeśli pomieszkasz za długo w Niemczech.[przyznaję się, że nawet na obiad w pracy z koleżanką ustawiam “termin” w kalendarzu. Zło! ]

3. Nigdy nie jestesteś za stary, żeby skończyć studia

W Niemczech często studiuje się do 30stki. Żeby zrobić licencjat. Można. Nikt się temu nie dziwi.

A mnie to dziwi cały czas na nowo. I typowo po polsku, myślę sobie – jakim trzeba być nieogarem, żeby tyle czasu marnować na uniwerytecie i zrobić tylko licencjat.

A potem reflektuję się – te nasze polskie klapki na oczach. Może jest w tym trochę rozsądku. Tutaj dla wszystkich jest jasne – że 10 lat studiowania po kawałku, to najpiękniejszy okres życia takiego studenta, pełen podróży, niezapomnianych wspomnień i nowych doświadczeń, których nikt mu/jej nie odbierze. Niech studiuje – potem czeka go tylko praca przerywana urlopem. Przynajmniej będzie mieć co wspominać.

4. W supermarketach sprzedają dojrzałe awokado

Czemu mnie to dziwi? Bo w Polsce tego nie robią! Niedojrzałe awokado w biedronce smakuje jak mydło!

Jest obrzydliwe, a za dojrzałe trzeba płacić miliony złotych monet. Czyli dojrzałe awokado jest dla bogaczy.

Co jest nie tak z nami Polakami, że kupujemy coś tak okropnego?! Czemu dajemy sobie wciskać takie g***? To mnie nie zdumiewa, oburza i absolutnie bulwersuje.

W niemieckim Lidlu przynajmniej 4 razy w tygodniu mają dojrzałe awokado w normalnej cenie lub w promocji. Niedojrzałego nie mają wcale, bo kto by to kupił.

(Tak to ja. Anonimowa awokadoholiczka)

5. Niemieckie gazety są grubsze

Chcesz być dobrze poinformowany o świecie, czytaj niemieckie gazety. Nasza “wyborcza”, “rzepa” czy inne dzienniki nie umywają się grubością do niemieckich, nawet jeśli uwzględni się w nich dodatki z reklamami.

Artykuły są dużo dłuższe niż w naszych dziennikach. Problemy są pokazywane z większej liczby perspektyw. Sekcja polityki zagranicznej nie ogranicza się do Rosji i Stanów Zjednoczonych. Nie idealizuję. Policz liczbę stron Spiegla, zobacz ile tekstu, a nie reklam jest w Süddeutsche Zeitung, Die Zeit, Frankfurter Allgemeine. Nawet nie będę wyliczać o ilu krajach nigdy nie przeczytamy w polskich gazetach, ile problemów lokalnych i globalnych zostanie przed nami przemilczanych.

Polska prasa pisze polskocentrycznie o sobie. Reszta podobno nas Polaków nie obchodzi. Może niektórych Niemców reszta świata też nie obchodzi, ale jak zacznie – to przynajmniej mają gdzie o tym przeczytać.

6. Niedziela jest po to, żeby siedzieć z kawą z ciachem do południa

W każdym razie, jeśli jesteś Niemcem/ką i jesteś 40+.

W niedzielę co do zasady wszystkie sklepy są zamknięte. To co mają robić? To wcale nie zdumiewa. Zdumiewające jest to uwielbienie, żeby koniecznie siedzieć na zewnątrz! Nawet zimą! Ma być “zimno” czyli po niemiecku “rześko”. 

Najlepsze miejsce to takie z widokiem na ulicę, żeby widać było innych ludzi. Zdjęcie w czołówce zrobiłam przy katedrze w Kolonii, ale takie posiadówki to typowy element krajobrazu nawet małych miasteczek.Zabytek czy ładny widok nie jest niezbędny. Nie trzeba nawet koniecznie siedzieć. Wystarczy stolik, o który można się oprzeć. Oczywiście w foteliku jest bardziej przytulnie, często jest nawet kocyk. Najważniejsze to na zewnątrz.

Wtedy można powiedzieć kolejne święte słowa:

7. Ach, es ist so schön!

Jeśli nie znasz niemieckiego, to ten zwrot uratuje Cię w każdej towarzyskiej sytuacji.

  • Ktoś pokazuje Ci jakiś podobno znany budynek. Ach, Es is so schööön (czytaj zooo szön)
  • Chcesz być miły i powiedzieć że jest miło? Es is so schööön.
  • Ktoś zrobił Ci przysługę? Oh, so schön. Danke.
  • Ktoś dał Ci prezent? Das ist so schöööön. Danke
  • Zabrali Cię w fajne miejsce? Wow, es ist so schön hier!
  • Poczęstowali czekoladką? Schööön. Danke
  • Podali kawę z ciastkiem? Ach, schön!
  • Przynieśli piwo? Mhm… es ist aber schön…
  • Gospodyni ma coś ładnego na sobie? Wskaż to i powiedz “das ist so schön”
  • W ogóle jest fajnie, pijesz grzańca, piwo i jest CI przjemnie? “es ist so schön hier”
  • Nie jest fajnie, ale zależy Ci żeby być miłym? “Es ist WUNDERschön hier”

Niezbędny jest typowy zaśpiew: wznoszący na sooo (zooo), opadający na schöööön. I nie za szybko. Tym wyrażeniem drzeba się delektować!

8. Starzy ludzie chodzą na dyskoteki

 

W Polsce po 30stce jesteś towarzyskim starcem.

Musisz mieć małżonka/ę, dziecko lub dwoje (może być w drodze), a imprezy to najlepiej tylko rodzinne lub firmowe. Jeśli żona pozwoli. W Niemczech możesz to wszystko mieć, ale społecznej presji i pouczania, że coś “musisz”, nie ma –  bo co komu do tego.

Co więcej wolno Ci chodzić na dyskoteki wtedy, kiedy masz ochotę, Gdy już jesteś naprawdę stary (70-90), najpewniej już nie masz ochoty, ale jeśli zmienisz zdanie – to kto Ci zabroni? (tak tak, 40-50 lat to też dobry wiek na chodzenie na imprezy. A przynajmniej w mieście. Na wsi… no cóż, imprez brakuje. Zostają oktoberfesty i inne dorffesty, czy inne dożynki, ale nawet tam na salach densingowych młodzież to tylko 1/3 sali. A przynajmniej w turyńskich wsiach, gdzie widziałam to na własne oczy).

9. Karnawał

Ten jest tylko w Kolonii.

Oktoberfest mnie już nie dziwi. Wurst, Maß piwa (1l) i niemieckie szlagiery. Ale karnawał?! U tych podobno “sztywnych” Niemców?! Zdziwienie!

Ludzie biorą wolne w pracy, żeby przebierać się, tańczyć, śpiewać i upijać się. Nie traktowałam tego poważnie, póki 50-paroletni kolega z pracy nie pokazał mi swoich zdjęć z żoną, za co byli przebrani w ostatni karnawał; a potem do rozmowy dołączyło jeszcze dwóch jego równolatków, dyskutując o kostiumach. Na koniec musiałam wysłuchać regionalnej muzyki karnawałowej z youtube i uroczyście mi doradzono – jeśli nie widziałaś otwarcia karnawału, to weź urlop i koniecznie zobacz.

Nie wzięłam.

W drodze do domu po pracy mijały mnie stada bocianów, banda piratów, w tramwaju stałam obok 4 czterdziestokilkuletnich gnomek lub elfic oraz paru wysokich postaci w stylu galaktycznej tawerny z Gwiezdnych Wojen. Królowały jednak zwierzaki.

Nie miałam wyjscia. W tym roku zakupiłam także swój własny strój flaminga [zło!] i już zaprosiłam parę przyjaciół na ostatni weekend karnawału.

Jesteś wśród wron, kracz jak one. To jednak bardzo przyjemne krakanie.

www.koeln.de A ile Ty masz w domu rzeczy w biało-czerwonym kolorze?

10 Rowerzyści się szarogęszą

Jesteś rowerzystą, czyli jesteś Bogiem Ścieżki Rowerowej.

Święte przykazanie rowerzysty mówi – tylko rowerzysta ma prawo przebywać na ścieżce i biada temu kto na nią wdepnie.

Zostanie obdzwoniony, obrzucony obelgą lub zwyzywany. Fahrradweg! wykrzyczane na cały głos to absolutny standard, jeśli pieszy nie reaguje na dzwonek. Bist Du blind oder was? (jesteś ślepy czy co?, brakowało tylko “debilu”) wykrzyczane do nieśmiałego Azjaty sprawiło, że niektórzy z przechodniów popukali się w głowę. Mnie to jednak nie dziwi – swego czasu jeździłam dużo po Berlinie rowerem i to należało przecież do 10 przykazań każdego szanującego się rowerzysty!

To co absolutnie mnie zdumiewa to fakt, że rowerzysta jest mistrzem i nauczycielem dla innych. Jedziesz po nie tej stronie, bo nie zauważyłeś, że po drugiej stronie też jest ścieżka? Nie wątpij – zwrócą Ci uwagę i pouczą. Nie właściwie skręcasz? Obrzucą Cię wrzaskliwym pouczeniem. Kiedyś jeździłam na praktyki 45 minut rowerem w jedną stronę przez Berlin. Północ-południe. Już na początku popsuło mi się światło. A to początek jesieni. W drodze tam – zwrócono mi 3 razy życzliwie uwagę, że jadę bez światła. Ale w drodze z powrotem  zdarzyło mi się to 4 krotnie, i na samym końcu już z konkretną irytacją odburnknęłam “Ich weiss! (brakowało tylko “debilu”)”.

11.  Tam tylko jeszcze Niemca nie było

Gdziekolwiek nie pojedziesz, na pewno spotkasz tam Polaka, Turka i Niemca. Z tymże ten ostatni – na pewno będzie tam akurat na wakacjach. Nic dziwnego – Niemcy mają jeden z dłuższych urlopów w Europie. Przysługuje im nawet do 6 tygodni płatnego urlopu w roku. Zanim jednak zaczniesz szukać pracy w Niemczech, pospiesznie dodam – nie każdemu! Zgodnie z prawem minimalny wymiar urlopu to tylko 20-24 dni (podobnie jak w Polsce, ale nie dotyczy to umów na krótszy wymiar godzin). W praktyce, czas ten wydłużany jest bardzo często przez porozumienia ze związkami zawodowymi. U mnie w pracy to 35 dni ( też bym chiała tyle mieć, ale mam polską umowę).

Przeciętny Niemiec jest ok. 20 dni w roku w podróży (prywatnej, czytaj wakacje!). W 2015 aż 53 miliony wyjechało na wakacje. To więcej niż mieszka w Polsce! (W Niemczech mieszka aktualnie ok. 80 mln osób).

70% Niemców wyjeżdza za granicę w Europie, a tylko 8% na inny kontynent. Owo “tylko” oznacza 4 mln ludzi, czyli 2,5 nasze Warszawki, które plączą się po całym świecie.

Dokąd jeżdzą? A to różnie. Starsi, tam gdzie się dogadają po niemiecku – czyli na hiszpańską Majorkę czy inna Fuertaventura. Osobiście nie znam żadnego Niemca, który nie byłby na Majorce choć raz. Do ulubionych miejsc podróży zalicza się także Francja, USA, Chiny, Hiszpania, Włochy, a nawet Meksyk czy Rosja.

Polska zalicza się do 10 najchętniej odwiedzanych przez Niemców miejsc. Po liczbie Niemców na Długim Targi w Gdańsku obstawiam, że “Danzig” też jest całkiem popularny.

Źródło: www.drv.de Statistik und Marktforschung 2016

12. Weganie tak – ale Wurst jest święty

Nie przestaje mnie zaskakiwać podejście do weganizmu.

Jeden aspekt to kwestia ewidentnej mody, co przekłada się na ilość knajp, produktów, festiwali czy nawet vegan targów. Tak, w Kolonii jest tego dużo, ale głównie tu, bo to jedna ze stolic weganizmu w Niemczech. W innych miastach jest różnie.

Statystyki nie kłamią. W styczniu 2015 w Niemczech było 7,8 miliona wegetarian (10% społeczeństwa, czyli jeśli chcesz to sobie wyobrazić, weź wszystkich ludzi z mazowieckiego i łódzkiego RAZEM). Weganie i weganki stanowią 1% populacji, czyli 900.000 (to tylko odrobina mniej niż liczba mieszkańców opolskiego).

Wegetarianie i weganie w Niemczech. Liczba w Milionach. Źródło: VEBU (27.01.2017)

Drugi aspekt – nikt tutaj tego mojego weganizmu nie krytykuje.

Że za mało białka, że przecież świata nie zbawię, że to, czy tamto. Polski chleb powszedni. Tutaj nic. Nawet jedna pani w pracy w wieku mojej mamy przyznała, że ona też by chciała mieć taką determinację. W jakiejś burgerowni ostatnio, kelner 5 minut tłumaczył mi jak przyrządzają burgery i czy są smażone na tej samej płycie co te z mięsem … mimo, że zupełnie o to nie pytałam (?!).

Cokolwiek by jednak nie powiedzieć niemiecki wurst jest święty. Bez wursta nie ma stołówki. Nie ma odwiedzin w innym mieście. Buda z Wurstem musi być. Carry Wurst. Thüringer Wurst. Bockwurst. Bratwurst. Veggie-Wurst. Danie z wurstem jest w każdej kuchni lokalnej.

I tylko szkoda tych grubasów, co ich czasem widać na stołówce. Buła biała, Bockwurst i taki obiad.

Der Trend ins Vegetarische ist unaufhaltsam. Vielleicht isst in 100 Jahren kein Mensch mehr Fleisch. –  Helmut Maucher, ehemaliger Generaldirektor von Nestlé

13. Katolicy płacą podatek za kościół

Nie tylko katolicy. Protestanci, żydzi i kilka innych związków wyznaniowych *(dokładna lista na końcu). I to wcale nie mało, bo aż 8 do 9% procent kwoty odprowadzanego podatku (czyli przykładowo, jeśli płacimy 1 000 EUR podatku, to dodatkowo trzeba zapłacić jeszcze 8% * 1000 euro na kościół). W paktyce chodzi o niebagatelne kwoty.

Dwie rzeczy, które mnie w tej kwestii nie przestają szokować. W Niemczech zakłada się, że każdy Polak jest domyślnie katolikiem. Nie ma znaczenia co o tym myślisz. Jesteś ochrzczony? Płacisz. Tak to zostało uregulowane prawnie. Ewangelicy mają podobnie.

Wydawałoby się, że to może zachęcać do apostazji. Pewnie i zachęca, ale wystąpienie z Kościoła też jest płatne (opłata urzędowa). Mam znajomego, który postanowił wystąpić ze swojego kościoła ewangelickiego, bo żona już płaci ten podatek. Grunt, że ich kościół coś dostaje. Przecież nie musi od nich dostawać dwa razy tyle. Ważne, że płacą. Ot, ewangelicki pragmatyzm (choć może akurat tutaj ma znaczenie fakt, że ten pan był kiedyś księgowym, w jakimś kościele).

Druga – to sumy, które Kościoły w ten sposób otrzymują. Przykładowo, w diecezji kolońskiej do której należę, przychód z tego podatku stanowi około 75% całego budżetu kościoła. Czyli ile dokładnie? Sprawdziłam.

Według raportu finansowego diecezji kolońskiej za 2015, otrzymała ona 627,6 milionów euro.* To taka kwota, którą z trudem mogę sobie wyobrazić. Porównajmy ją do czegoś co znamy. 627 mil euro to około 2.700 mln pln. Wg mapy wydatków 2015 z polskiego budżetu (link), bardzo podobną kwotę rząd przeznacza w Polsce na…. zasiłki dla bezrobotnych. Mnie to szokuje! Zwłaszcza, że Polska wydaje mniej na przykład na utrzymanie pogotowia ratunkowego (w całym kraju!) czy refundacje stomatologiczne!

Nieźle się ten Kościół w Niemczech ustawił. Bez dwóch zdań.

Oczywiście oficjalne stanowiska Kościoła Katolickiego w Niemczech brzmi – nie płacisz podatku za kościół lub występujesz z Kościoła, nie dostąpisz sakramentów. Nie można mieć wszystkiego.

*Źródło: www.erzbistum-koeln.de/ Jahresfinanzbericht, GuV, s. 18 [z dnia 27.01.2017]

14 Konsumpcja piwa

Pójść ze znajomymi na piwo – niezły pomysł. W Kolonii króluje rozmiar 0,3 – szklaneczki Kölscha tu czy tam, to codzienność. Tutaj jednak piwo jest częstym gościem nawet do obiadu. Ok. Może nie w pracowej stołówce, ale Weizen do pieczeni, czy Kölsch na mieście należy do standardu. W mieszkaniach studenckich to normalne, że stoi krata z piwem, na wypadek, gdyby ktoś akurat miał na nie ochotę.

Sprawdziłam, czy to tylko subiekywna moja opinia. Nie mylę się. Wystarczy popatrzeć na mapę.

Mieszkając przez rok w Kolonii powinnam wypić 53l piwa. Jeśli podzielić to na tygodnie, to “tylko” 1,1 litra tygodniowo.

W Brandemburgii żłopią 2,5l na tydzień, ale trudno im się dziwić. Co tam można robić w tej Brandenburgii?

15 Liczba bezdomnych zdumiewa

Gdy przyjechałam tu w czerwcu, o 7:00 rano trudno było kogokolwiek spotkać na ulicy. Oprócz mnie i tym podobnych “pendlers” dojeżdzających do pracy o barbarzyńskich porach, były tylko śmieciarki i bezdomni. 15 minut spacerem do katedry na przystanek było drogą przez wystawy różnodornych tektur, śpiworów i dobytków wciśniętych w marketowy wózek, pośród których plątały się nieprzytomne kończyny zarośniętych mężczyzn.

5 do 7 tego obozowisk bezdomnych mijanych przy dość centralnie położonej ulicy to koloryt lokalny miasta. Spali pod sklepami, na chodnikach, na stacjach.Emigranci? Bynajmniej. Tylko ok. 21 % kolońskich bezdomnych to osoby bez niemieckiego paszportu (2014).

Głównie mężczyźni. Po przebudzeniu najpierw zagadają o “Kleingeld”, a jak sypniesz groszem nawet z tobą zamienią parę słów. (Z obserwacji, często starsze panie i studenci gustują w takich rozmowach).

Na przystanku Hansaring codziennie z rana między jedną a drugim pociągiem przechodzi z kubkiem zawsze ten sam żebrak. Możesz zostać nawet zwyzywana, jeśli wyglądasz zbyt dobrze i nic nie wrzucisz.

Większość z nich to jednak mili faceci. Dziękuje, prosi, przeprasza, życzy miłego dnia. Głośni i menelowaci są Niemcy. Ci wycofani i zahukani – migranci. Sprzedawcy gazet dla bezdomnych należą do tej mniejszej grupy, która ratuje resztki godności (Obdachlosenzeitung). Kupują ją za 60 centów u wydawcy, sprzedają za 1,50 euro. Żeby jednak móc ją kupić, trzeba trzymać się pewnych zasad – nie pić, nie ćpać. Czasem nie sprzedają tych gazet, ale zapłatę biorą, choć słyszałam też o oszustach. Wśród gazeciarzy rozpoznaję najczęściej migrantów.

W  centrum, w okolicach Belgisches Viertel, wśród typowych meneli z piwem w ulicznych barłogach spotykam jednak głównie Niemców. Hałaśliwych i zarośniętych meneli. W pobliżu katedy struktura pochodzenia jest już trochę inna, choć tutaj wiele zmieniło się po Sylwestrze 2015. Policja dba tam o porządek i osoby, o których się tutaj mówi ” mit der Nordafrikanischen Herkunft” (z pochodzeniem północnoafrykańskim) przestały tak bardzo rzucać się w oczy.

Ministerstwo Pomocy Społecznej landu NRW mówi o 5229 bezdomnych w samej Kolonii (na 21 tys. w całym landzie, link) tylko w 2014. Wg badań 1/4 to ludzie poniżej 30 roku życia. 18 % nie jest nawet pełnoletnia.

Problem w tym, że trudno zliczyć osoby, które nie mają adresu. Miasto Kolonia naliczyło ich w 2013 “jedynie” 4043, ale podejrzewa się, że ich liczba się zwiększa jedynie dlatego, że poprawiają się metody liczenia.

Mnie ta liczba nadal szokuje. Skąd to się bierze? Najczęstrze przyczyny bezdomności wg miasta Köln to wypowiedzenie pracy z natychmiastowym skutkiem (97%), a pozostałe 3 procent to zniszczenie lokum czy eksmisja. Nie wykluczone, że migracja wśród samych bezdomnych też istnieje. Podobno Kolonia oferuje najwięcej wsparcia i ośrodków pomocy dla osób z tego typu problamami w tej części kraju.

To przecież takie dobre miejsce do życia.

Źródła danych:

  • Kölner Statistische Nachrichten – 1/2015 Seite 95, Statistisches Jahrbuch 2015, 92. Jahrgang LINK
  • Integrierte Wohnungsnotfallberichterstattung 2014 in Nordrhein-Westfalen (LINK)

 16 Boże Narodzenie nie istnie bez rynku i grzańca

I na koniec pozytywny akcent – w tym roku po raz pierwszy spędzam całą zimę w Niemczech i jedno już wiem na pewno. Uwielbiam rynki bożonarodzeniowe. Najpiękniejszy jest ten w Trier (Trewir, granica z Francja), wtłoczony w średniowieczne kamienne uliczki. Najstarszy w Norymberdze. Te w Kolonii też są śliczne – jest ich około dziesięciu. Obowiązkowym punktem programu jest Glühwein, czyli dosłownie żarzące się wino. Koniecznie trzeba coś zjeść dobrego, spotkać się ze znajomymi i zamiast narzekać na zimno, powtarzać “es ist sooo schööön“. Można też razem z kaucją dostać pamiątkowy kubeczek z katedrą.

Oj lubię, lubię.

Dziwi na pewno jedna rzecz – w Kolonii nie ma śniegu.

Tzn. czasem pada, ale zaraz się topi. Tej zimy widziałam śnieg tylko raz. Widziałam jak pada może 3 razy. Nigdy nie utrzymał się dłużej niż 3 godziny. Na początku dziwiło mnie to, że dużo ludzi mimo mrozu chodzi po ulicy z letnich lub jesiennych butach, albo cienkich trampkach. Na dobrą sprawę jednak, ciepłe skarpety zdecydowanie wystarczą.

Nie mogę się nadziwić, że aż tyle tych zdziwień znalazłam. Na pewno jest wiele więcej.

A Was co dziwi w Niemczech?

Miłego weekendu

 

 

*Dla Ciekawych, nie wszystkie związki wyznaniowe mogą otrzymywać taki dochód z podatku od państwa. Zasadniczo tylko 6 z nich: 1) Kościół Ewangelicki 2) Biskupstwa kościoła rzymsko-katolickiego 3) katolickie biskupstwo kościoła starokatolickiego 4) wolnoreligijne gminy w Baden, Mainz, Offenbach i Pfalz 5) Unitaryści oraz 6) gminy żydowskie.  Pozostałe, nic z podatku nie dostaną. Same landy też na pobieraniu podatku zarabiają, bo zatrzymują dla siebie około 3% (dokładna kwota zależy od landu).

Co ciekawe, istnieją też wspólnoty wyznaniowe, które są uprawnione do pobierania podatku, ale tego nie robią (alewici, metodyści, Świadkowie Jehowy itd.), a niektórzy wprost mówią, że kłóci się to z ich religią i zrytualizowaną formą jałmużny (islam).

google-site-verification=qwQVBgqg8p63KOd5L3FcDx2YsUcQnmVx58V6T6zEQh4